RSS
piątek, 16 września 2011
Wakacje 2011

Tydzień po powrocie z wyspy Kos, Hubek pojechał jeszcze ze znajomymi i ich dziećmi na Węgry, nad Balaton, do miejscowości Vonyarcvashegy. Ja niestety nie mogłam w tym czasie wziąć ulropu, bo szefowa miała. Mieszkali w ogromnym domu, który zarezerwowali przed wyjazdem - no bo gromada małych dzieci więc woleli miejscówkę zabukowaną już mieć. Z podróży przywieźli (oprócz standardowej pasty z papryki) super pyszne słodycze Túró Rudi i sporo win. Oraz Justyna marynowane papryki w różnych wersjach, marynowane małe arbuziki, i kiełbasę z konia (z której po powrocie, podczas wieczoru węgierskiego u nas zrobiła przepyszną zapiekankę).

W tym roku mieliśmy pojechać do Portugalii, ale nie kupiłam odpowiednio wcześniej biletów, i zrobiły się już za drogie. Potem braliśmy też pod uwagę Krym, już się zdecydowaliśmy pojechać na wyprawę z biurem Horyzonty, ale jak zadzwoniłam to się okazało że mają tylko jedno miejsce...  Wzięliśmy więc urlop od 16 (15 to było święto) do 31 sierpnia, ale nie wiedzieliśmy gdzie jechać. Siedzieliśmy w długi weekend w domu, ja próbowałam znaleźć połączenia autobusowe do Tallina, Rygi, i układałam plan wyjazdu do Estonii i Łotwy właśnie, ale jakoś mi nie szło. Tzn znalazłam fajne linie autobusowe i plan niby mniej więcej był gotowy, ale jakoś entuzjazmu i konkretnego kopa do wyjazdu brak. I w końcu we wtorek już naprawdę wkurzona że siedzimy w domu zadzwoniłam do rodziców czy jednak może pożyczą nam auto bo pojechalibyśmy na Słowację. Że sprawdzałam połączenia pociągiem, ale strasznie długo i przesiadki, i z naszymi kręgosłupami to już wcale nie taka fajna atrakcja. Pożyczyli, więc w środę rano wyjechaliśmy do naszych południowych sąsiadów. Na Słowacji byliśmy poprzednio 10 lat temu, także była to też niejako nasza podróż sentymentalna. Bo byliśmy tam na jakiś weekend w maju czy czerwcu 2001, jako świeżo zakochana para ;)

Podróż do Popradu zajęła nam ok. 10 godzin. Z drogi Hubert dzwonił na kwaterę, w której był kiedyś - z wyliczeń wyszło nam że jakieś 12 lat temu. Pamiętał nazwisko gospodarza i po tym udało nam się znaleźć wcześniej w necie numer telefonu. Pan Jan nie odbierał we wtorek, ale w środę już tak. Powiedział że coś dla nas znajdzie :) No i faktycznie. Czekał na nas, i ulokował w pokoju w którym Hubek z kolegami kiedyś spał. Tyle że teraz zamiast 3 łóżek było jedno duże. Po 8 EUR od osoby, więc bardzo przyjemna cena. Mieliśmy pokój, kuchnię i łazienkę. Jedeny minus to fakt że w suterenie, chociaż mi to nie przeszkadzało.

U pana Jana mieszkaliśmy do wtorku. Pan Jan dzień dnia do nas schodził i z nami gadał, dał nam mapki, podpowiadał gdzie mamy jeździć na wycieczki, i śmiał się ze nie jesteśmy w stanie wstać rano. No faktycznie, udawało nam się wstawać o 10, więc po 11 dopiero wychodziliśmy z domu. Nie było więc mowy o zdobywaniu szczytów, ale może to i lepiej, ponieważ kondycyjnie wysiadaliśmy i tak...

W czwartek pojechaliśmy elektriczką do Strbskiego Pleso. Dwa bilety w obie strony kosztowały ciutkę ponad 5EUR. Jedzie się tam z Popradu 1godzinę i 20 minut. Dystans nie jest duży, ale pociąg musi się wspinać i jedzie serpentynami, więc nie może się rozpędzić. Po powrocie wieczorem poszliśmy do AquaCity http://www.aquacityresort.com/pl/, do którego mieliśmy bardzo blisko, jakieś 10 minut spacerkiem. Kupiliśmy pakiet Vital, ponieważ zawierał sauny. Wejście po 17:00 kosztowało 24EUR za osobę. Saun jest kilka, więc jak ktoś lubi to naprawdę warto wydać. Baseny termalne super. Są na dworzu i w środku. Ośrodek duży, czysty. Przy saunach jest bar, więc można się napić piwa a koszt wrzucają na opaskę magnetyczną, więc płaci się przy wyjściu z kompleksu. Tak samo w innych punktach gastronomicznych na terenie. Jedynym minusem jest fakt że do strefy saun można wejść tylko raz. Po reszcie obiektu można się poruszać dowolnie.

W piątek pojechaliśmy do Dobszyńskiej Lodowej Jaskini. Najpierw trzeba się trochę wspiąć. Było bardzo gorąco, więc doszliśmy upoceni, by po zakupieniu biletu i odczekaniu chwilę (wejścia z przewodnikiem są o określonych godzinach) zejść do zimnej jaskini. Z tego co pamiętam to było w niej -7C, albo coś koło tego. W każdym razie różnica duża, więc bluzy obowiązkowe. Ja w ogóle to już po dojechaniu w aucie zmieniłam spodenki na długie spodnie, wzięłam bluzę, kurtkę i buty (jechałam tam w sandałkach). Hubek założył bluzę. Ale byli panowie w krótkich rękawkach. Ciekawe czy się rozchorowali później...

W sobotę spotkaliśmy się z mamą Huberta we Vrbovie, w Kąpielisku Termalnym http://www.termalnekupalisko.com/pl/. Mama była w sanatorium chyba w Krynicy, i mieli wycieczkę do Kąpieliska we Vrbovie właśnie. A że od nas to było jakieś 15km to bez problemu mogliśmy podjechać.

W niedzielę pojechaliśmy do Tatrzańskiej Łomnicy i wjechaliśmy kolejką na Skalnate Pleso. Stamtąd można wjechać dalej na Łomnicki szczyt, ale nie było już biletów (wszystko przez to nasze późne wstawanie). W sumie to dobrze, bo jak zobaczyłam ten malusi wagonik którym się tam wjeżdża, to nie wiem czy bym z przerażenia nie wyskoczyła z niego sama.... ;) Ze Skalnatego Pleso ruszyliśmy szlakiem w stronę Hrebienoka. Sympatyczna wycieczka. Przepiękne widoki. Z Hrebienoka zjechaliśmy kolejką torową do Starego Smokovca. Tam Hubek zjadł 2 obiady i skończyło się to dla niego słabo, bo bardzo źle się poczuł. Musiał przez chwilę poleżeć na trawie koło dworca bidak.

W poniedziałek najcięższa przygoda: Z Tatrzańskiej Polianki wchodziliśmy do Śląskiego Domu (Sliezsky Dom). Szlak niby nie taki straszny, zielony, ale było bardzo gorąco (myślę że ponad 30C) i naprawdę lało się z nas okrutnie. No i kondycyjnie wysiadaliśmy niestety.... Wstyd się przyznać ale wejście tak nas wykończyło, że z radością skorzystaliśmy z możliwości zjazdu autem za 5EUR od osoby. Po drodze i na górze mieliśmy przepiękne widoki. Bardzo lubię góry, ale strasznie rzadko jeżdżę bo mąż nie za bardzo :( Ja z chęcią tam wrócę, ale nie wiem czy uda mi się namówić Hubka.

We wtorek rano ruszyliśmy do Pragi, ukochanej naszej Pragi. I na spotkanie z czeskimi kolegami ktorych poznaliśmy w zeszłym roku: Luboszem i Liborem. Droga zajęła nam ok. 6 godzin, częściowo autostradami. Pierwszego wieczora widzieliśmy się tylko z Luboszem, bo Libor miał dużo pracy, musiał skończyć jakieś tłumaczenie. Lubosz w ogóle miał randkę, więc spotkaliśmy się z nim jakoś o 23:30. Był już lekko zawiany, ale do 2 wszyscy już byliśmy mniej lub bardziej ;) W ostatniej knajpie obłsuga czekała i czekała aż skończymy, ale w końcu kelnerka podeszła, zabrała szklanki i powiedziała: my idziemy, a wy z nami ;)

W środę spędziliśmy dzień na basenie na Podoli http://www.pspodoli.cz/ W tych dniach przez Czechy przechodziła fala upałów. Wtedy w cieniu było 30C stopni i upał naprawdę był dokuczliwy. Strasznie szkoda mi było turystów, którzy przyjechali do Pragi po raz pierwszy zwiedzać. Nie wyrobiłabym, serio. Wieczorem było standardowe picie, tym razem z Liborem. Skończyło się o 5 nad ranem. Lubosz w związku z tym że szedł do pracy, skończył pół godziny wcześniej :)))) Dobrze że jest menedżerem i mógł zjawiać się później. No a Libor miał już wolne, bo oddał tłumaczenie więc mógł spać do popołudnia, jak i my. Plusem jest też to że wszyscy mieszkaliśmy na Žižkovie, oni na stałe, a my w hostelu, więc wszystkie žižkovskie knajpy były nasze ;) W czwartek mieliśmy się spotkać tylko na trochę, bo wszyscy byli mega zmęczeni po poprzedniej nocy, plus myśmy ruszali rano do domu, a siedzieliśmy znowu do 1. W ten wieczór próbowaliśmy z Hubertem czeskich przysmaków do piwa, czyli: zaczynając od najbardziej oczywistego: pivni syr, a potem utopenec, nakládaný hermelín oraz tlačenka. 

Do Polski wróciliśmy w piątek późnym wieczorem (remonty dróg). A w sobotę rano ruszyliśmy do Grudziądza, gdzie spotykalismy się z.... Luboszem i Liborem :) Chłopaki są fanami Big Cyca, i przyjeżdżali na koncert. A my wcześniej nie wiedzieliśmy czy przyjedziemy z Popradu do Pragi, ale umówiliśmy się że przyjedziemy na koncert do Grudziądza. A więc słowo się rzekło. Poszliśmy spać o 2, a o 7 już trzeba było wstać żeby dojechać na czas. Bo jechaliśmy pociągami, niestety musieliśmy oddać samochód rodzicom. Podróż była ciężka, bo fala upałów dotarła do Polski, i było naprawdę gorąco. W pociągu do Torunia jeszcze jako tako, ale potem w szynobusie do Grudziądza było dodatkowo włączone ogrzewanie. Masakra! Chłopaki przyjechali ze znajomymi: Hanką i Honzą. Koncert był fajny, potem poszliśmy do knajpy gdzie poznalismy jakichś ludzi. Wszyscy byli zafascynowani że czesi przyjechali do Grudziądza na koncert Big Cyca :) A potem wróciliśmy do hotelu (swoją drogą bardzo fajny Hotel Rad http://www.hotel-grudziadz.pl/) i tam zamykaliśmy wieczór. W hotelu było wesele, i czesi też robili furorę. Jako że ja nie piłam zbyt dużo, następnego dnia odwiozłam nas do Torunia, a chłopaki ruszyli dalej do Pragi. Email dnia następnego brzmiał mniej więcej: dojechaliśmy o 1 w nocy, i do 4 relaksowaliśmy się po podróży w gospodzie :) Tacy to właśnie dzielni są nasi koledzy czesi :)))

 

niedziela, 11 września 2011
K jak Kos reszta wyjazdu wpisana z lekkim opóźnieniem ;)

Jako że półtora dnia nudy nam wystarczyło, na prawie półmetku wyjazdu postanowiliśmy wypożyczyć skuter. Wstaliśmy rano, żeby zjeść śniadanie, i poszliśmy do wypożyczalni Nikos, znajdującej się na terenie hotelu. Obsługujący wypożyczalnię okazał się być angolem z krwi i kości, sądząc po akcencie ;) No i na dzień dobry spytał z jakiego kraju jesteśmy. Z Polski. I wtedy dowiedzieliśmy sie że nie możemy wypożyczyć skutera jeśli nie mamy kat. A. No żesz w mordę! Taki piękny plan był! Ale nie poddaliśmy się tak łatwo. Zaczęliśmy tłumaczyć że w Polsce można bez kat. A jeździć mało pojemnościowymi skuterami, że Hubert już jeździł skuterem. Angol więc uznał że sprawdzi jeszcze, chyba z szefem Nikosem. Zadzwonił gdzieś i powiedział że OK, wypożyczy nam skuter ale musi zobaczyć jak Hubek sobie radzi. Jednym słowem - Hubert miał test :) Na początku miał lekkie problemy z ruszeniem, ale jakoś poszło. Tylko stwierdził że jednak kiepsko mu się rusza, i chciałby wypróbować inny skuter. Wypróbował drugi, jeździło mu się lepiej. Angol stwierdził że ogarnia i podpisaliśmy umowę. Jeszcze tylko ostatnie instrukcje żebyśmy uważali, że grecy nie sprzątają poboczy dróg, no i w drogę. 

Najpierw ruszyliśmy zobaczyc Asklepion (http://en.wikipedia.org/wiki/Asclepeion) czyli starożytną świątynię kultu boga Asklepiosa. Oprócz ruin zobaczyliśmy też przepiękne widoki na wyspę Kos, oraz dwie pobliskie wyspy Kalymnos i Pserimos. Dodam też, że z północnej i wschodniej części Kosa widać Turcję :)

Po Asklepionie krótka przerwa na kawkę w kawiarni w pobliskiej miejscowości Platani. A potem ruszyliśmy nadbrzeżną drogą, z przepięknymi widokami, do gorących źródeł. Gorące źródła są w południowo-wschodniej części wyspy. Łatwo do nich trafić, gdyż kończy się tam droga i już dalej się nie pojedzie :) Nazywają się Bros Therma, i są w sumie małym bajorkiem tuż na brzegu morza. Sprytni grecy otoczyli je kamieniami, więc wygląda jak wielkie jaccuzi. Jak jest już za gorąco to przechodzisz do morza i się ochładzasz. Podobno najpiękniej jest tam nocą, bo widać gwiazdy, ale dojechanie tam nocą możliwe jest tylko taksówką. No, chyba że ma się wypożyczone auto na kilka dni.

Po Bros Therma wróciliśmy do centralnej części wyspy, i wjechaliśmy do przepięknie położonej miejscowości Zia. Malownicze domki, restauracyjki, stragany z pamiątkami plus przepiękne widoki na długo zapadną nam w pamięci. Zrobiliśmy tam zakupy pamiątkowe, głównie dlatego że w jednym sklepiku pracowała czeszka i łatwo jej było nam wytłumaczyć jaki olejek do czego, itd... Także namówiła nas na kilka rzeczy.

Z Zia zjechaliśmy na dół, przejechaliśmy się trochę w stronę lotniska - Huberta poniosło bo uwielbia jeździć skuterem, i zawróciliśmy w stronę hotelu żeby zdążyć na kolację. Po drodze jeszcze weszliśmy do sklepu żeby kupić resztę prezentów: alkohol, miód i przyprawy.

 

Reszta wyjazdu minęła na błogim, doskonałym lenistwie :) Wstawaliśmy koło 11. Szliśmy na obiad, potem oglądaliśmy jeden odcinek True Blodd i jak już się robiło trochę bardziej znośnie to kładliśmy się przy basenie. Tam spędzaliśmy czas do wieczora, po 18 szliśmy na kolację. Potem drineczki przy barze do 23, a potem wieczorne oglądanie True Blood :)

W zasadzie nie jesteśmy nadal entuzjastami wyjazdów zorganizowanych. To był nasz drugi raz w życiu, wiedzieliśmy że 2 tygodni nie wytrzymamy, i mieliśmy rację. W sumie cały tydzień takiego nicnierobienia to też jest już za dużo. Kolejna nauka - hotel jednak lepiej jak jest w jakimś miasteczku żeby można było się wyrwać na trochę z hotelu. Chociaż naszemu hotelowi nic a nic zarzucić nie można, to jednak możliwosc wieczornego spaceru uliczkami jakiegoś uroczego miasteczka to byłaby wisienka na torcie ;) 

A hotel nazywał się Aquis Marine Resort & Waterpark. 

niedziela, 10 lipca 2011
K jak Kos dzień 2

Drugiego dnia (niedziela) pozytywnie zakręceni aurą udaliśmy się po 10:00 na basen. Na śniadanie nie wstaliśmy, nie udało się, bo jest do 10 tylko. Ale były leżaczki, kremik, piciu, nudy :) Oczywiście z przerwą na lanczyk (koło 13). Hubert z białą cerą spedzał większość czasu w cieniu. Ja nie, bo przecież doskonale szybko i bezproblemowo się opalam. Otóż chyba już nie. Spaliłam się, pomimo smarowania kremem. Chyba cham stracił ważność, czy co... Bolały uda z przodu, brzuch, przód ramion przy sprzączkach stanika, i plecy. W nocy miałam problem przy przewracaniu się w łóżku - bolało trochę ;)

10:42, cullenka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 lipca 2011
K jak Kos dzień 1

Dawno nic (w międzyczasie Wikno znowu) a tymczasem Kitki wylądowały na wyspie Kos. Dziś rano, więc wyspa póki co widziana z samolotu i z autokaru - explore nastąpi w najbliższych dniach. Póki co to - lot lekka makabra bo siedzieliśmy w ostatnim rzędzie oboje korytarz, zaraz po starcie połowa ze 162 pasażerów czarterowego lotu wraz z dziecmi ruszyła do kibla na siku. Oj działo się, włącznie z opieprzeniem stewardesy że miała czelność wyjechać wózkiem z napojami i żarłem, świnia. Ludzie są naprawdę dziwni.....

Lądowanie było z atrakcjami, bo zarzuciło porządnie podczas dotykania ziemi, ale skończylo sie bez dramatów (chociaż ja prawie umarłam, oczywiście). No i potem wysiedliśmy w przepiękną pogodę i widoki. Jak rano wyjeżdzaliśmy z Warszawy to było zimno i padało. Tutaj 27 stopni i bezchmurne niebo. Podróż z lotniska do hotelu trwała krótko, bo i wyspa nieduża. Hotel okazał się być super fajny. Jedzenie baaaaardzo dobre. Picie baaaaaardzo dobre. Plaża kamienista, ale trudno, i tak fajna. Baseny spoko. Pokoje spoko. Wifi za darmo. Jest naprawdę bardzo dobrze. Póki co wakacje nam się podobają!

niedziela, 30 stycznia 2011
Masakra

Myślę i myślę, i obawiam się że nigdzie Kitki nie były jesienią ani zimą (w sensie wycieczki krajoznawczej). Masakra trochę.

Chyba że można zaliczyć wczorajszą wycieczkę do Term Mszczonów :) http://www.termy-mszczonow.eu/ Hmmmm. Spędziliśmy tam 4 godziny, a w sumie zimą działają dwa baseny: jeden wewnątrz, a drugi na zewnątrz. Ale jest jeszcze sauna (wprawdzie oddzielna dla kobiet i mężczyzn, ale 15 min bez męża da się przeżyć; ) A w środku jest barek z zapiekankami oraz piwem i kawą :) I ciekawym doświadczeniem było siedzenie w parującym basenie podczas gdy temperatura powietrza wynosiła ok. -5C. Fajnie :)

11:05, cullenka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 października 2010
Stare Sady

Po dwóch latach zostaliśmy w ostatni weekend firmowo zintegrowani. Pojechaliśmy do miejscowości Stare Sady, tuż za Mikołajkami. Mieszkaliśmy w Mazurskim Dworku www.mazurskidworek.pl - bardzo miłe miejsce, komfortowe pokoje, restauracja, blisko jeziora. Zabawy integracyjne organizowała nam firma Bartbo www.bartbo.pl i tą firmę mogę bardzo polecić. Bardzo komunikatywna obsługa, no i super opcje zabawowe :))) Pierwszy raz w życiu wspinałam się na ściankę, mieliśmy też zawody sumo, i bungee run - przywiązani gumą musieliśmy jak najdalej odbiec od ściany - miernikiem był rzep który musieliśmy przyczepić na murku biegnącym wzdłuż torów - super zabawa :) Integrację zaliczam do bardzo udanych. A fotek nie wrzucam bo to zbyt skomplikowane i najzwyczajniej mi sie nie chce.

12:08, cullenka
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 września 2010
Euro trip 2010

W tym roku urlop zaplanowaliśmy jakoś późno, w zasadzie to teraz się okazuje że za późno chyba bo pogoda była taka sobie. Powodów późnego urlopu jest kilka: dzwon miał w lipcu więc ja nie bardzo mogłam, w sierpniu mieliśmy tydzień tylko, bo Turbanek miała pierwsze dwa tygodnie, a dwa kolejne tygodnie odpadały bo Karolcia miała wieczór panieński i ślub. A ja świadkowa, więc obecność obowiązkowa :)

 

A to było tak: w sierpniu, dokładnie między 31 lipca a 7 sierpnia pojechaliśmy z moimi rodzicami na Litwę. Plan był mniej więcej sprecyzowany, ale po przekroczeniu granicy uległ zmianie bo się okazało że jedziemy ciut dłuższą drogą do tego Wilna, i skoro już zajechaliśmy dalej to może od razu nad morze. No to pojechaliśmy od razu nad morze. Nad morzem nie jest tak jak u nas, że na wszystkich domach widnieją napisy: pokoje, kwatery, pensjonat, o nie! Tam nic nie wiadomo. Z niejakim trudem, ale w końcu udało się nam znaleźć apartament w Melnrage, kilka kilometrów za Kłajpedą. Cena już nie pamiętam jaka, ale nie było tanio. Jednak warunki były dobre, więc powiedzmy że za taką cenę za takie warunki u nas też się tyle zapłaci. Opalaliśmy się, zwiedzaliśmy Kłajpedę, Juodkrante, Nidę i całą mierzeję Kurońską. Z mężem weszliśmy też na wydmy w Nidzie (później złapała nas burza jak wracaliśmy do samochodu, piorun walnął tak blisko że krzyknęłam ze strachu). Melnrage jest bardzo blisko Kłajpedy, więc na weekend zjeżdżają tam mieszkańcy na kilkugodzinny relaks. Generalnie bardzo małe i ciche miasteczko. Parę restauracji, krótki deptak prowadzący nad morze, dwa namioty z piwem i przekąskami na plaży, i tyle. W porównaniu do Karwii bida. Dla nas oczywiście bardzo przyjemnie bo tłumów nie lubimy. Mierzeja przepiękna, Kłajpeda całkiem przyjemna, i co uderza - bardzo czysta :) A potem pojechaliśmy na 2 dni do Wilna. Tam mieszkaliśmy w e-guest hotel http://www.e-guesthouse.lt/pl.php/ . Wszystko było super oprócz temperatury na drugim poziomie pokoju (bo apartament był dwupoziomowy). Na dole była klima, ale na górze był piekarnik masakryczny. Praktycznie nie dało się spać. Samo Wilno przecudne. Spacerowaliśmy po starówce, byliśmy w kościele Św. Anny w którym w latach 30-tych XX wieku babcia męża brała ślub :) Oczywiście standardowe i konieczne punkty typu Ostra Brama były zaliczone.

A po ślubie Karolci i Przemka, czyli 29 sierpnia gdzieś po 20:00 ruszyliśmy ze znajomymi na podbój południowej Europy. Wstępna trasa została zmodyfikowana w końcowych dniach, bo najpierw jechaliśmy do Budapesztu, potem na Słowenię do Bledu, potem na Chorwację do Rovinj, a potem mieliśmy wracać przez Budapeszt znowu bo się kolega uparł, ale koniec końców (i bardzo dobrze bo uwielbiam) wracaliśmy przez Prahę.

Niestety jednak wyjazd trzeba zaliczyć do mieszano udanych. Albo inaczej - ogólnie niezbyt, ale momenty niezapomniane i widoki oraz miejsca przepiękne. Niby fajnie, ale w Budapeszcie było zimno i padało i się przeziębiłam i do końca wyjazdu każdą noc zdychałam bo mnie dusił kaszel i spać nie mogłam. Potem Hubert też się zaraził. Oraz ktoś gdzieś na parkingu walnął nam samochód rodziców w nadkole nie wiem jak, chyba drzwiami przy wysiadaniu, tylko musiał porządnie trzepnąć bo blacha wgięta, no i do końca wyjazdu miałam myślówę jak ja powiem rodzicom....

Ale podsumowując - po raz kolejny przekonałam się że nie lubię Węgrów i Węgier. Jedyne co tam jest fajne to żródła/baseny termalne. Po raz kolejny spędziliśmy dzień w Széchenyi Fürdő. Niestety to tam się przeziębiłam, bo siedzieliśmy w zewnętrznym basenie z ciepłą wodą, a na dworze było może 12 stopni i padało.... Na drugi dzień zwiedzaliśmy Budapeszt w deszczu.

Potem pojechaliśmy na Słowenię. Na Słowenii jest drogo, ale to nic nie szkodzi i tak, bo w Bledzie jest przepięknie. Jak jechaliśmy w góry zobaczyć rzekę Soczę to też było cudnie. Tak wiem - napisałam że jechaliśmy :) Ale nie byliśmy przygotowani na piesze wędrówki, była możliwość przejechania autem, więc to zrobiliśmy. Po drodze było mnóstwo możliwości zatrzymania się, podziwiania i obfotografowania. Przejechaliśmy przez te alpy julijskie w górę i w dół aż do Włoch (niech żyje UE!), i wróciliśmy do Słowenii zmęczeni ale zadowoleni. I jeszcze pojechaliśmy do nad jezioro Bohinji, które jest dużo większe niż Bled, i mniej zagospodarowane turystycznie dookoła, ale też jest przepięknie położone. Oraz weszliśmy zobaczyć wodospad Savica. Odbyło się to na nielegalu, bo było już po 19:00 i zamknięto szlaban, ale jednocześnie dzięki temu za darmo. Wodospad oglądaliśmy już w niezłym mroku, ale i tak wypadł bardzo ładnie, mrocznie i tajemniczo, mgły schodzące z gór - jakbym była tam sama to raczej trochę bym się bała :) W drodze ze Słowenii do Chorwacji zwiedziliśmy Lubljanę. Przyjemne, trochę wyludnione miasto, ale nie nazwałabym go "Paryżem południowej Europy", cytując naszą gospodynię z Bledu, która nas namówiła na kawę w Lubljanie, jako "must do" właśnie z tego względu ;)

Rovinj okazało się być sporym miasteczkiem, ze standardowo przepiękną i urokliwą starówką, mnóstwem restauracji i..... turystów. Pogoda jednak nie rozpieszczała. W morzu Hubert kąpał się dwa razy, ja raz. Niby nie było zimno, ale też nie było na tyle ciepło i słonecznie żeby się opalać i pływać :( Także pojechaliśmy też na wycieczkę do miasteczka Poreć (mniejsza kopia Rovinj). Pojechaliśmy też do Rijeki odwiedzić moją koleżankę z pracy - tam miałam masakryczny kaszel bo rozmawiałam z nią dużo i normalnie zaczęłam się dusić, aż Nikolina poleciała do apteki żeby mnie ratować. W drodze powrotnej padało straszliwie, jednocześnie była okropna mgła, taka że myślałam że to szyby zaparowały, czyli widoczność właściwie żadna. Ja prowadziłam bo Hubek wypił piwo, a zapomnieliśmy że popaduje, i że będzie ciemno, a ja przecież wtedy nic nie widzę..... No nic, jakoś dojechaliśmy, ale naprawdę rozpacz momentami była :( A następnego dnia popłynęliśmy z Porecia do Wenecji. W Wenecji pogoda była przepiękna! No i Wenecja również :) Byliśmy tam drugi raz, pierwszy raz 9 lat temu na naszych pierwszych wspólnych wakacjach (byliśmy wtedy samochodem ze znajomymi we Włoszech). Wenecja bez zmian, nadal piękna, tyle że teraz dużo remontów.

A potem pojechaliśmy do Pragi. No co tu dużo mówić - Praga to przepiękne miasto, które uwielbiam od pierwszego wejrzenia. Nie wykluczam, że spowodowane jest to faktem, że nasza miłość rozkwitła właśnie tam, i od wyjazdu do Pragi w 2001 jesteśmy razem :) W Pradze pogoda również jak na zamówienie, okazało się że mieliśmy szczęście bo to był pierwszy czy drugi dzień od kilku zimnych i deszczowych. Przyjechaliśmy około 23:00, i od razu ruszyliśmy na kolację i piwo. Jak kończyliśmy to kelner przyniósł nam 4 kieliszki koniakówki, które okazały się być z wódką. "Od tamtego Pana". No to nie wypadało nie wypić. Jak wychodziliśmy to podeszliśmy do tych chłopaków, i Hubert po polsku spytał się tego który przysłał wódkę, dlaczego to zrobił. A ten ładną polszczyzną odpowiedział, że on lubi Polaków :))) I tak zaczął się nasz wieczór z Luboszem i Liborem. Zaproponowali nam rajd po knajpach, znajomi poszli do hostelu, ale my skwapliwie się zgodziliśmy bo i tak mieliśmy zamiar kontynuować. Do 4 rano siedzieliśmy z nimi, gadaliśmy, piliśmy i śmieliśmy się. Było super. Lubosz powiedział że zna język polski bo urodził się i mieszkał koło granicy z polską i oglądał polskie dobranocki :) Teraz nadal jeżdżą do Polski na koncerty, bo są fanami Big Cyca :))))) Dał nam książkę Szczygła "Gottland", chociaż się zapierałam bo przecież nam łatwiej. A on zamawia książki w Merlinie :) No niesamowita przygoda. Mówi, i czyta po polsku, ma tylko problem z pisaniem.

I tak właśnie bardzo przyjemnie skończyły się te nasze tegoroczne wakacje. Tak jak mówie - większość elementów na plus - ale ogólnie przez to auto i mój dół z tym związany kładł się cieniem na całość.

 

 

A tu mieszkaliśmy:

W Budapeszcie w mieszkaniu przy Rakoczi ut. - nie pamiętam dokładnego adresu bo nie ja załatwiałam. Cena gdzieś poniżej 20 euro za osobę, ale też mi już wyleciało...

W Bledzie:

Apartma Andreja

Koritenska cesta 6b

4260 Bled

tel. +386/4-5741-118

gsm. +386/31/355-355

andreja.gerzina@gmail.com

Cena zależna od sezonu - 50 lub 55EUR za apartament plus podatek turystyczny 1,01EUR (dzieci 0,50EUR). Jeśli się zostaje poniżej 3 nocy cena rośnie o 30%.

W Rovinji mieszkaliśmy na prywatnej kwaterze no i znowu adresu nie pamiętam... Gospodarz miał na imię Dante, a cena za osobę wynosiła 20EUR. Apartament miał dwie sypialnie, kuchnię z jadalnią, salon i łazienkę, więc był ogromny.

W Pradze w hostelu Penzion 15.

 

sobota, 12 czerwca 2010
Żeby nie było

Żeby nie było że niby zupełnie nic się nie dzieje :)

Po Wilkasach były mazury raz jeszcze - Piękna Góra koło Giżycka na długi weekend majowy (od 29 kwietnia do 2 maja) oraz weekend w Poznaniu (5-6 czerwca).

Na mazurach chłopaki próbowali żeglować. Wiele przeszkód mieli, bo albo nie wiało, albo padało. A my z dziewczynami stacjonarnie. Tylko z Martą co wieczór jeździłyśmy autem do chłopaków na wieczorne piwo.

A w Poznaniu zrobili weekend za pół ceny, więc mieliśmy połowę tańszy hotel, jedliśmy w knajpach z 50% tańszym menu (do niektórych nie udało się dostać). Obejrzeliśmy starówkę, kościoły, muzeum nawet, Maltę, oraz byliśmy na wieży widokowej niedaleko Poznania. Weekend cudo!

12:25, cullenka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 stycznia 2010
W (znowu) ale tym razem jak Wilkasy czyli wyjazd (znowu W) sylwestrowy

Pomysłodawcami były M&M'sy i to od nich się zaczęło jeszcze w październiku, a może nawet wrześniu. Że fajnie by było pojechać na bal. Znaleźli jakąś opcję, a potem zaczęli szukać innych. Ale jakoś tak reszta sie zatrzymała na tej pierwszej (chyba z powodu ceny). Myśleliśmy, myśleliśmy i ledwo żeśmy zdążyli, bo jak się w końcu namyśliliśmy to ostatnie pokoje były wolne. DOSŁOWNIE ostatnie. Potem było szybkie szukanie czwartych do promo i w końcu dokonaliśmy rezerwacji. Potem było długo nic, bo do sylwestra było jeszcze daleko. A potem był wyjazd do Hotelu Tajty w Wilkasach.

Było super! Oczywiście lekkie zgrzyty były, typu 20latkowie biegający nawaleni i hałasujący na maksa do 10 rano lub nieświeży kurczak (albo indyk, nie pamiętam bo nie jadłam), albo lichy kulig dla którego z resztą mój mąż tam jechał. Ale poza tym - rewelacja. Rozmowy wieczorne z dziewczynami, wspólne picie, zabawy na śniegu z dzieciakami, jazda terenówką, wycieczka do Mikołajek i tamże pyszny obiad w Malajkinie.

12:54, cullenka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 29 listopada 2009
W jak Wikno

W tak zwanym międzyczasie pojechaliśmy na długi weekend na Warmię (szczerze mówiąc nie jestem na 100% pewna czy to Warmia czy już Mazury). Było to we wrześniu, więc jakiś czas temu. Ale warto wspomnieć że pobiliśmy własny rekord kąpieli w jeziorze - kąpaliśmy się jak dotąd najpóźniej w roku, czyli w trzeci weekend września. Ale jednego dnia woda była cieplejsza niż w sierpniu w morzu, więc nie był to wyczyn. Drugiego dnia już owszem, temperatura wody była hmmmm trochę niska ;) Ale daliśmy radę :)

Miejsce za to było cudne. Domek drewniany, całkiem nowy, całkiem przyjemnie wyposażony, dwupiętrowy z salonem, kuchnią, dwiema łazienkami i 3 sypialniami. 3 rodziny w tym dwie z dziećmi spokojnie sie zmieściły. Do jeziora blisko, chociaż naokoło, bo najprostsza droga zabudowana. Tuż obok stadnina koni, oraz wielki las (wtedy niestety nie pełen grzybów).

A wszystko to tutaj: http://www.zajazdmysliwski.com/ Domek jest wolnostojący, w odległości 300m od zajazdu. Cisza, spokój, jeden sklep i jedna restauracja, właśnie w zajeździe. Pewnie tam kiedyś wrócimy.

Wikno

Wikno

konik ze stadniny Wikno

12:05, cullenka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 września 2009
Powrót do podróży życia

Czyli Cejrowski w Bangkoku. Właśnie obejrzałam w telewizji odcinek 'Boso przez świat' o słoniu domowym, i weszłam na stronę żeby sprawdzić gdzie dokłanie Pan Cejrowski był. No i trafiłam na poprzedni odcinek, pt. Azja, w którym był w Bangkoku. Polecam.

Oraz ech, rozmarzyłam się :) Chciałabym jeszcze raz.

 

 

11:04, cullenka
Link Komentarze (2) »
niedziela, 30 sierpnia 2009
Liczi i rambutan

Dwa miesiące po fakcie odkryłam że owoc który Hubi kupił w Bkk to nie liczi, tylko rambutan. Ale z Wikipedii wynika że z tej samej rodziny są - mydleńcowatych, także pomyłka nie aż taka ogromna ;)

 

liczi liczi

rambutan rambutan

 

13:43, cullenka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 sierpnia 2009
I po Karwii

Byliśmy, zobaczyliśmy, wróciliśmy.... :) Mama Huberta była po raz pierwszy w życiu nad morzem, reszta z nas nie, co nie znaczy że nas nie zachwyciło. Pogodę mieliśmy w dechę, także wycieczkę zrobiliśmy tylko jedną do Gdańska, a tak to spędzaliśmy czas na plaży od 10 do 16. Potem standardowo co dzień była rybka, piwko. Później spacery i spanko o 22. Jak dzieci na koloniach :) Mieszkaliśmy w ładnym domku na ulicy Miłej 2, mieliśmy czysty pokój (trochę za mały na 4 osoby, ale dwójki były ok bo potem widziałam). Miejscówka z pysznymi rybkami była dosłownie naprzeciwko. Zyć nie umierać :)  A jak wracaliśmy to zakupiliśmy mnóstwo wędzonych rybek: z Karwii jedzie się do Jastrzębiej Góry, tam skręca w prawo w ulicę Pucką, dojeżdża do miejscowości Łebcz i tam po lewej stronie jest przetwórnia z małym sklepikiem. Obleganym, więc można rozpoznać też po kolejce :)

Pogoda sie akurat wczoraj schrzaniła, także teraz dokończymy odpoczynek w domu. Może w weekend pojedziemy nad Zegrze na żaglówkę z M&M'sami. Ale to się okaże.

spracer po plaży

w Gdańsku w kawiarni Yesterday

w kawiarni Yestarday

w Gdańsku

zachód słońca

kitki na plaży

bałtyk i ja... :)

kitek puszcza latawca

puszczanie latawca razem

nocą na plaży

11:12, cullenka
Link Komentarze (2) »
środa, 19 sierpnia 2009
Kierunek Karwia

Jutro jedziemy nad morze :) Pobudka o 5 rano, po 6 bierzemy na pokład moją mamę a 15 minut później Huberta mamę i wio. Jeszcze tylko trzeba się spakować, choć jak zwykle się nie chce. Zaopatrzeni w dwa aparaty - nasz naprawiony oraz pożyczony - naprawdę wierzę, że w końcu uda mi się wrzucić tu jakieś foty, chociaż trzeba je pomniejszać a tak mi się nie chce tego robić. Próbowałam wczoraj i sorry, wytrwałam chyba do dwóch zdjęć... Padam na twarz jak zwykle, więc mam nadzieję że ten wyjazd to będzie prawdziwe byczenie się: spanie, rybki, plaża i wycieczki rozpoczynające się o 11:30 a nie 7 rano :)

20:39, cullenka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Kielce - czyli Scyzoryk i ul. Wojska Polskiego

Dla podtrzymania życia bloga postanowiłam pisać coś od czasu do czasu, związanego z podróżami, chociaz nie za dużo ich jest w ciągu roku. Ale na przykład w ostatni weekend byliśmy w Kielcach. Fotek nie będzie bo popsułam aparat i jest w naprawie. Zaczęło się troszkę chłodno o 11 w sobotę. Jechaliśmy jak po linie prawie równiutko 3h. Po drodze krajobrazy mazowieckie zmieniły się w cudne świętokrzyskie pagórki, zielone i naprawdę ładne. Trasa dwupasmowa i przez część trasy jednopasmowa, tam gdzie dopiero budowali.

W Kielcach zostaliśmy przywitani przepysznym spaghetti carbonara, a potem pojechaliśmy do kawiarni cremova której właścicielami są nasi znajomi. I nie to że to dlatego, ale lody tam są przepyszne! Czekoladowe, ciasteczkowe, tiramisu, orzechowe, arbuzowe, i milion innych smaków. Wszystkie z naturalnych składników wg własnej receptury. Oraz przepyszna kawusia. No po prostu bajka!

A potem ruszyliśmy do Chęcin na zamek. Wprawdzie byliśmy tam kiedyś, Hubert w podstawówce, a ja jakieś 12 lat temu, ale uznaliśmy że czemu nie? Jowita opowiadała nam o Kielcach i okolicach jak zawodowy przewodnik. Śmiałam się że pewnie w piatek wieczorem siedziala do nocy czytając na prędce historię żeby zabłysnąć :) Na zamku sporo ludzi, bo dzień sie zrobił piękny. Jak zeszliśmy z wieży zamkowej, to nagle poczułam ból w udach i nogi się pode mną ugięły. To samo miał Hubert. Zdziadzieliśmy straszliwie! Dziś mam jeszcze zakwasy.

Wieczorem pojechaliśmy na grilla gdzie Michał zaserwował miętowe lody z wódki żołądkówki! Czegoś tak pysznego nie jedliście nigdy :) Było pyszne jedzonko, sałatki i piwko/wódka/wino (co kto lubi). Wieczór był już zaawansowany jak postanowiliśmy pojechać do miasta :) Nie chcieli nas wpuścić do klubu desperados, ale w końcu się udało. Ochroniarze nawet odpowiedzieli szczegółowo na nasze pytania dlaczego nie możemy wejść. Wytłumaczyli nam że poniważ Hubert ma bojówki. Spytałam czy jak mu urwę te kieszenie to będzie git, ale oczywiście było to pytanie retoryczne. Pytaliśmy jakie jeszcze mogą być powody, to na przykład sportowe buty ze znaczkami. Na co wytłumaczyłam panom że ja mam przecież buty sportowe ale bez znaczka ze stadionu za 35zł :) Najbardziej to mnie zdziwiło że w ogóle z nami rozmawiali, bo przecież ochroniarze w stolycy to na pytanie 'dlaczego' odpowiadają 'dlatego'....

Noc skończyliśmy nad ranem, w różnych stanach :)))) Na następny dzień miała być wycieczka ns Św. Górę, ale się nie udało. Za to była najlepsza pizza w Polsce ze świeżym szpinakiem i pomidorkami i czosnkiem. Do domu ruszyliśmy przed 19:00 a dojechaliśmy po 22, ponieważ za Radomiem był korek gigant.

Następna podróż juz niedługo. Prawdopodobnie w czwartek ruszamy nad morze. Z mamami :)

 

11:04, cullenka
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 lipca 2009
Zdjęcia z Tajlandii i z naszego ślubu

Szybciej bedzie zanim wrzuce troche zdjec do bloga, jak podam linki do picasy, bo w koncu udalo mi sie przeslac zdjecia tam. Wprawdzie powinnam je przejrzec i wrzucic 20% ale uznalam ze zanim znajde czas by to zrobic to zdaze zapomniec ze tam w ogole bylam :) Oraz chcialam zrobic wiecej opisow, ale nie wystarczylo weny i chęci...

Tajlandia i Kambodża part 1

Tajlandia i Kambodża part 2

Tajlandia i Kambodża part 3

Oraz zdjęcia ze ślubu:

Ślub (zdjęcia od Marka)

Ślub (zdjęcia od Karoliny)

22:23, cullenka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 14 lipca 2009
Prawie podsumowanie

Generalnie po rzuceniu sie w wir pracy to juz na nic nie pozostaje sil. Nawet zdjec jeszcze nie wrzucilismy nigdzie, jak widac tutaj tez nie. W sumie Hubi jeszcze na urlopie, ale on do wrzucania zdjec sie nie pali. Trzeba jeszcze bedzie troche poczekac :)

Chcialam tylko na razie powiedziec w ramach wstepu do podsumowania, ze na Koh Phangan wyglada na to ze polnocna czesc wyspy jest najlepsza w czasie czerwca/lipca, czyli Bottle Beach albo Chaloklum Bay. No i zdecydowanie nie polecamy Haad Gruad. Może nie calosciowo, ale straszna lazienka i brak piaszczystej plazy to jednek duzy minus.

Trasa jaka w koncu zrobilismy to Bkk-Ayuthaya-(bkk)-Chiang Mai-(bkk)-Siem Reap (Kambodza)-(bkk)-Koh Phangan-Bkk. (bbk) oznacza ze bylismy w Bangkoku na chwile bo za kazdym razem musielismy tam wracac zeby pojechac w nowe miejsce - wszystkie drogi prowadza do Bangkoku :) Nie wystarczylo czasu na Kanchanaburi i tygryski. Ale moze kiedys...?

Tu spalismy w Tajlandii i Kambodzy:
Haad Gruad Resort&Spa na Koh Phangan (1200b za domek, słaby ale w ładnym ogrodzie, plaza okropna i kamienista, basen, dobre jedzenie, śniadanie wliczone)
Montrara Happy House w Chiang Mai (600b za pokój, w samym centrum, pokoj ok ale lazienka zatęchła, śniadanie wliczone)
New Siam III w Bangkoku (750b za pokój, wszystko super, bez śniadania)
Sawasdee Angkor Inn w Siem Raep (wykupione z wycieczką, cena na miejscu 15usd, śniadanie wliczone, całkiem ok, chociaż daleko od centrum)
21:55, cullenka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 lipca 2009
19 dzien powrot do Bangkoku, 20 dzien powrot do Polski

Po 36h w podrozy dotarlismy do domu! Odebrali nas z lotniska Bobski i Szulc, za co serdecznie jeszcze raz dziekujemy.

Nogi spuchly nawet i Hubowi, ale dzielnie sie trzymamy. Moje nogi w zyciu az tak zle nie wygladaly. Myslalam ze w drodze na Koh Phangan bylo zle, ale to co jest teraz przeszlo wszystko. Jeszcze do Bkk to jako tako dalismy rade, ale potem zeby przetrwac do odlotu, pilismy tajskie red bulle po 1zl, ktore sprzedaja w buteleczkach jak nasze syropy na gardlo. Zastanawialismy sie ile czego maja w skladzie (wszystkie napisy po tajsku) i czy nie zdarzy sie tak ze teraz przez 3 dni bedziemy chodzic jak nakreceni..? :) Zjedlismy ostatnie tajskie jedzonko, zrobilismy ostatnie zakupy i po 2 w nocy ruszylismy na lotnisko 9140km/h - to styl jazdy bangkockich taksowek, oczywiscie gdy nie ma korkow). Chcielismy spotkac sie na lotnisku z moim znajomym z pracy, ktory tej nocy przylatywal ze swoja zona i znajomymi na swoja podroz poslubna, ale mieli opoznienie i nie bylismy pewni czy zdazymy na swoj wylot, i sie w koncu nie udalo przekazac im na biegu wskazowek :)

Teraz pierwsze pranie wstawione, zaraz obiad u mamy a potem uzupelnimy bloga i powstawiamy zdjecia w koncu :)

Ach, co to byl za wyjazd!

17:14, cullenka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 lipca 2009
18 dzien Koh Phangan

A teraz uwaga - wlasnie jestesmy w podrozy po wyspie skuterem! :))) Hubi moj maz prowadzi, ja siedze z tylu. Na probe poprosilam go zeby sam wyjechal z osrodka i to bylo pod gorke. Utrudnienie stanowi fakt, ze tu sie jezdzi po lewesj stronie. Jak wjezdzal na gorke to z naprzeciwka pojawil sie samochod, Hubi w ataku paniki probowal go wyminac z prawej strony, ale mu sie przypomnialo wiec zaczal wracac na lewa, a samochod sie zatrzymal az :) Poza tym drobnym incydentem bardzo dobrze mu idzie, chociaz mowi ze ma mokre rece i sie denerwuje bo on prowadzi caly ten burdel :)Nasikalismy litr gasoline za 45b czyli 4,5zl i bedziemy pedzic dalej. Teraz w koncu udalo sie znalezc kawiarenke z czytnikiem kart wiec zrzucamy zdjecia. Goraco jak w piekle, ale ze sie wczoraj za bardzo usmazylismy to dzis z opalania nici. Mnie pierwszy raz w zyciu boli skora. Objedziemy troche wyspe, popstrykamy zdjecia i tak oto minie nam ostatni dzien w raju ;P

 

O kurde, ale dzis bylo super!!!! Hubert spisal sie na medal, prowadzil jakby to robil od dziecka, a oprocz tego ze po lewej stronie, to tutaj sporo jest podjazdow i zjazdow. Najpierw pojechalismy do jakiejs wiochy i zrzucilismy te zdjecia, potem jechalismy troche bez celu, ale dotarlismy na polnoc wyspy do Chaloklum Bay i tam naszym oczom ukazala sie piaszysta plaza. Wiec raczo pobieglismy w jej strone, zrzucilismy ubranie i wskoczylismy do wody. Ktora jest tutaj ciepla, zeby nie bylo. Pojawialy sie tylko czasami co kilka metrow chlodniejsze nieco prady. Hubi zaproponowal zebysmy zapamietali ta chwile i przypomnieli ja sobie (ta ciepla wode i gdzieniegdzie zimne prady) jak bedziemy sie kapac w baltyku i szukac cieplych pradow.

Potem pojechalismy na srodek wyspy zobaczyc wodospady, ktore niestety troche suche byly. Znaczy jeden suchy, drugi troche wody mial i sie nawet wykapalismy po wspinaczce do niego. siedzialy tam 4 chinki ktore najpierw nas poprosily zeby im zrobic fote, a potem Hub poprosil je zeby zrobily nam, i one uchachane wolaly do nas: kiiiiissssss! :) No to sie kisnelismy.

Po wodospadzie ruszylismy w poludniowa strone wyspy zobaczyc slawetna plaze na ktorej odbywa sie full moon party, czyli Haad Rin :) No jechalo sie tam pod gore i z gory, bylo ciekawie. A sama plaza zapelniona przez mnostwo ludzi, wygladala troche jak plaza we Wladyslawowie w szczycie sezonu :) Zjedlismy jednego spring rollsa, porobilismy foty i wsiedlimy na skuter zeby ruszyc z powrotem do osrodka zeby zdazyc przed zmrokiem. Jezdzilismy w sumie z 7 godzin, i bylo naprawde superowo! Hub powiedzial ze zbieramy forse i wracamy tu za rok.

A jutro rano pobudka, na 7.45 mamy zamowione taxi, o 8.30 odplywa superszybki katamaran i wieczorem back in Bangkok.

08:07, cullenka
Link Komentarze (2) »
środa, 08 lipca 2009
17 dzien Koh Phangan

Wczoraj zanim poszlismy do domku to jeszcze popodziwialismy koncowke wielkiego ognicha na plazy. Hub mowi ze dzis tez bedzie. To chyba z okazji zblizajacego sie full moon party.

Dzisiaj byl dzien smazenia sie :) Pieklismy sie caly dzien, troche w cieniu, troche na sloncu, troche w basenie. Teraz walsnie zjedlismy obiadek i idziemy zalegac. Jesli chodzi o obiadek to mi sie dostala barracuda :)  Zamowilam fish and chips (po curry trzeba byc ostroznym, no nie?) i dostalam barracude, chyba im z wczoraj z grilla zostala. Pyyycha!

Aha, wczoraj nie bylo ulewy a dzis sloneczny dzien. Dzis ulewy tez na razie nie bylo, wiec jutro tez pewnie bedzie slonce. Ostatni dzien na wyspie. A potem 12h powrotu do Bkk, masakra...

13:22, cullenka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 07 lipca 2009
16 dzien Koh Phangan

Totalny odplyw jest co poranek, takze dzis mozemy podziwiac skaly. W nowym domku noc byla bez robali, za to Huba dorwala zemsta buddy znowu. Nie mogl spac wiec lazil i palil. Teraz rano wzial stoperan i moze pomoze. W nocy byla totalna burza, a ze teraz nasz domek jest na gorce to sie zastanawialismy czy walnie w nas piorun. Jak grzmialo to az drzal w posadach ale obylo sie bez rozwalenia go w drobny mak. Ulewa byla tez. No i padalo jeszcze troche rano. Teraz chmury wiec nie mamy sie jak opalic. Wlasciwie to slonce bylo tu tylko jak przyjechalismy, a potem jest juz tylko za chmurami. Oczywiscie parno i goraco jest nadal :)

Nie wiemy co dzis ze soba zrobic. Lezaki nad basenem nadal mokre... Posiedzimy chyba na razie kolo domku. A mamy sasiadow ktorzy chyba niedawno tu przyjechali bo pytali sie nas dzis czy nie wiemy czy jest tu gdzies w poblizu piaszczysta plaza. Biedaki dali sie chyba nabrac jak my :) Wczoraj na snurkowaniu zabrali nas tez na jedna plaze, Bottle beach sie nazywala, i tam byl piach. Pokapalismy sie z pol godziny (jedyni z wycieczki, jakies same lamy z nami byly dziwne ospale) i bylo fajnie. Nawet rozwazalismy przeniesienie sie tam, tylko szkoda nam straconych pieniedzy na haad gruad... Powiedzielismy tym ludzion o tej plazy, ale tam to juz skuterem trzeba jechac. Ja jeszcze namawiam Huberta zeby przejsc sie gdzies tu obok do jakiegos innego osrodka bo z mapy wynika ze tam tez moze byc piaszczysta plaza. Tylko gdzie to slonce???

Po sniadaniu zaleglismy przy basenie i dobrze zrobilismy, bo slonce, pomimo ze zza chmur, grzalo mocno. Potem sie troche przejasnilo i pojawilo sie troche ludzi. Poopalalismy sie, pogralismy w pilke w basenie, poczytalismy ksiazki i tam zlecial dzien. Sasiedzi wlosi znowu pytali o plaze na polnocy wyspy, wiec im powtorzylam ze z nazwy wiemy tylko o tej jednej ladnej piaszczystej i chyba tam sie jutro przeniosa.

A my wlasnie zjedlismy obiad. Hubi zamowil kotleta z prosiaka marynowanego w curry a ja cos co sie nazywalo Mild green curry tez z prosiakiem. Podaja to z kupka ryzu, a meritum w miseczce i sie przeklada to do ryzu, jak ktos czegos nie lubi to tego nie przeklada. Okazalo sie ze mild curry jest najbardziej ostra potrawa jaka tutaj jedlismy. Ja dalam rade zjesc troche, lzy mi plynely, w buzi palilo a usta myslalam ze mi spuchly jak murzynce. Musialam zamowic sobie standardowe noodle po tajsku, i juz chyba nie bede szukala odmiany :) Mild curry dokonczyl Hubert, chociaz tez nie wszystko bo i jak dla niego to bylo za ostre.

Teraz idziemy zalegac przed domkiem :)

07:01, cullenka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 06 lipca 2009
15 dzien Koh Phangan

Wszystko sie wyjasnilo, Haad Gruad znaczy zatoka skal, wiemy juz wiec dlaczego nasza plaza jest kamienista :)

Dzis byl totalny odplyw, widac bylo caly wielki gruz jaki normalnie jest pod woda. Ale to nic, bo my dzisiaj pojechalismy na snurkowanie. Najpierw zawiezli nas do swojej bazy (firma nazywa sie Phangan Safari). Tam byly slonie i malpki. Jedna byla taka malutka i kazdego zaczepiala. Jak wysiedlismy z samochodu to od razu usiadla Hubertowi na nodze. Potem bawila sie z malym chlopczykiem ktory w koncu ja wkurzyl i sie wsciekla, przestraszyla go troche wiec dal jej spokoj. Potem zabrali nas na lancz. Bylismy tuz po sniadaniu, wiec nie za bardzo glodni, ale jak nam podali jedzonko no to grzech nie skorzystac :) Byl ryz z warzywami i owocami morza i dwie zupy do wyboru. Kazdy mogl sobie nalozyc co chcial. Mniam! A potem zabrali nas na lodke, taka tajska co wystepuje na kazdym zdjeciu z Tajlandii i poplynelismy. Najpierw w jakies miejsce przy Koh Ma i tam bylo pierwsze snurkowanie. Ja sie boje strasznie wody, ale zalozylam kamizelke i na chwile zeszlam do wody. Jednak taki ogrom i dno daleko mnie przeraza za bardzo i trzymalam sie lodki caly czas. Hubi za to plywal, nurkowal, nawet sie o rafe skaleczyl. Rybki sliczne, duzo piekniej tu niz w Turcji bylo. Po 30 minutach powrot na lodke i poplynelismy w drugie miejsce. Tam juz ja nie snurkowalam, ale Hubi brykal cale pol godziny :) Potem poplynelismy nad wodospad ktory okazal sie nie byc taki duzy jak myslelismy, niemniej jednak Hubi jako jedyny z calej wycieczki odwazyl sie z jednym tajem organizatorem wejsc pod wodospad. Mowil potem ze troche sie bal bo nie bylo nic widac jak ta woda leciala, ale dal rade :) A potem jak wracalismy to przyszla ulewa. Tutaj generalnie jest tak ze zanim spadnie ulewa to zaczyna porzadnie wiac. No i jak wyplynelismy z ktorej zatoczki, to zza gor pokazalo sie czarne niebo i zaczelo tak wiac ze bylismy cali mokrzy od wody lejacej sie spod pedzacej lodki. Koles pedzil najszybciej jak sie dalo. Ja oczywiscie sie balam, ale jak zobaczylam ze nic sie nie dzieje oprocz tego ze wszystko jest mokre, to mi przeszlo. Dzien wiec byl pelen wrazen :) Oraz po raz pierwszy w Taj zmarzlismy okropnie.

Rano zanim pojechalismy na to snurkowanie to zagadalismy z wlascicielem tego przybytku, ze w nocy musielismy walczyc z karaluchem (tak, Felek nie zyje) i w ogole odglosy dzungli nie daly nam troche spac. Spytalismy czy maja jakis lepszy domek, ale mowil ze nie bardzo. Pokazalismy mu jakies ktore wydawaly nam sie lepsze ale powiedzial ze one nie sa lepsze, tylko starsze niz ten co mamy. Ale ze pogadamy jak wrocimy ze snurkowania. A jak wrocilismy to juz czekal jeden Taj zeby nam pokazac inny domek. No i w koncu chyba mamy swoj rajski domek. Moze nie jest to wypas, ale przynajmniej lazienka ma normalne sciany, zamyka sie tak ze karaluch do pokoju nie wejdzie, i mamy widok na basen i morze i wlasny hamak na tarasie :) Jutro sie okaze bo na razie jest ciemno wiec moglismy dobrze nie widziec :)

Spadamy teraz na herbatke bo Hubi sie zle czuje. Miejmy nadzieje ze to nic powaznego, ale mowi ze mu mdlo i ze pewnie to od wody morskiej ktorej sie opil.

16:17, cullenka
Link Komentarze (2) »
14 dzien Koh Phangan

Wszystko sie wyjasnilo, Haad Gruad znaczy zatoka skal, wiemy juz wiec dlaczego nasza plaza jest kamienista :)

Dzis byl totalny odplyw, widac bylo caly wielki gruz jaki normalnie jest pod woda. Ale to nic, bo my dzisiaj pojechalismy na snurkowanie. Najpierw zawiezli nas do swojej bazy (firma nazywa sie Phangan Safari). Tam byly slonie i malpki. Jedna byla taka malutka i kazdego zaczepiala. Jak wysiedlismy z samochodu to od razu usiadla Hubertowi na nodze. Potem bawila sie z malym chlopczykiem ktory w koncu ja wkurzyl i sie wsciekla, przestraszyla go troche wiec dal jej spokoj. Potem zabrali nas na lancz. Bylismy tuz po sniadaniu, wiec nie za bardzo glodni, ale jak nam podali jedzonko no to grzech nie skorzystac :) Byl ryz z warzywami i owocami morza i dwie zupy do wyboru. Kazdy mogl sobie nalozyc co chcial. Mniam! A potem zabrali nas na lodke, taka tajska co wystepuje na kazdym zdjeciu z Tajlandii i poplynelismy. Najpierw w jakies miejsce przy Koh Ma i tam bylo pierwsze snurkowanie. Ja sie boje strasznie wody, ale zalozylam kamizelke i na chwile zeszlam do wody. Jednak taki ogrom i dno daleko mnie przeraza za bardzo i trzymalam sie lodki caly czas. Hubi za to plywal, nurkowal, nawet sie o rafe skaleczyl. Rybki sliczne, duzo piekniej tu niz w Turcji bylo. Po 30 minutach powrot na lodke i poplynelismy w drugie miejsce. Tam juz ja nie snurkowalam, ale Hubi brykal cale pol godziny :) Potem poplynelismy nad wodospad ktory okazal sie nie byc taki duzy jak myslelismy, niemniej jednak Hubi jako jedyny z calej wycieczki odwazyl sie z jednym tajem organizatorem wejsc pod wodospad. Mowil potem ze troche sie bal bo nie bylo nic widac jak ta woda leciala, ale dal rade :) A potem jak wracalismy to przyszla ulewa. Tutaj generalnie jest tak ze zanim spadnie ulewa to zaczyna porzadnie wiac. No i jak wyplynelismy z ktorej zatoczki, to zza gor pokazalo sie czarne niebo i zaczelo tak wiac ze bylismy cali mokrzy od wody lejacej sie spod pedzacej lodki. Koles pedzial najszybciej jak sie dalo. Ja oczywiscie sie balam, ale jak zobaczylam ze nic sie nie dzieje oprocz tego ze wszystko jest mokre, to mi przeszlo. Dzien wiec byl pelen wrazen :) Oraz po raz pierwszy w Taj zmarzlismy okropnie.

Rano zanim pojechalismy na to snurkowanie to zagadalismy z wlascicielem tego przybytku, ze w nocy musielismy walczyc z karaluchem (tak, Felek nie zyje) i w ogole odglosy dzungli nie daly nam troche spac. Spytalismy czy maja jakis lepszy domek, ale mowil ze nie bardzo. Pokazalismy mu jakies ktore wydawaly nam sie lepsze ale powiedzial ze one nie sa lepsze, tylko starsze niz ten co mamy. Ale ze pogadamy jak wrocimy ze snurkowania. A jak wrocilismy to juz czekal jeden Taj zeby nam pokazac inny domek. No i w koncu chyba mamy swoj rajski domek. Moze nie jest to wypas, ale przynajmniej lazienka ma normalne sciany, zamyka sie tak ze karaluch do pokoju nie wejdzie, i mamy widok na basen i morze i wlasny hamak na tarasie :) Jutro sie okaze bo na razie jest ciemno wiec moglismy dobrze nie widziec :)

Spadamy teraz na herbatke bo Hubi sie zle czuje. Miejmy nadzieje ze to nic powaznego, ale mowi ze mu mdlo i ze pewnie to od wody morskiej ktorej sie opil.

16:16, cullenka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 lipca 2009
13 dzien Koh Phangan

Wczoraj spilismy sie piwami Chang, poznalismy jakichs brytoli i pozno bylismy w domku. Rano kac gigant bo te Changi maja po 6,4 volta i wala w palnik rowno. Wstalismy okolo 14 i poszlismy na sniadanie :) Potem relaks na basenie, a teraz zaczela sie codzienna akcja - ulewa.Na jutro planujemy wykupic calodniowa wycieczke statkiem ze zwiedzaniem jakichs fajnych plaz i snorkowaniem. I tyle, nuda tu niesamowita.

 

Po ulewie poszlismy do naszego bungalowa polenic sie. Teraz zjedlismy kolacje - iscie europejska mianowicie fish and chips aga, kotlet z kury w curry i fryty hub :)

A jutro okolo 12 ruszamy na snurki :)

Przypomnialo mi sie ze nie napisalam o pewnej pani ktora obcinala sobie paznokcie w samolocie jak lecielismy z Chiang Mai do Bkk :) Normalnie siedziala kolo mnie przez korytarz i obcinaczka strzelala pazurami :)

Albo o tym jak na granicy kambodzansko-tajskiej jak juz wracalismy bidne dzieci nas obsiadly, wiec zaczelam szukac tych 3000 reali kambodzanskich ktore nam zostaly z jakiejs reszty, i nie moglam ich znalezc. Te dzieciny juz patrzyly na mnie az im oczy z orbit wychodzily, a ja same zlotowki, dolce i chrywny... Taksiarz sie zlitowal, dal mi po 500 reali zebym mogla dac tym dziecinom jak juz im smaku narobilam....

No i chcielismy zrzucic zdjecia z aparatu, ale czytnik nie pasuje naszej karcie, maja tez dwa kable i tez zaden nie pasi. Takze teraz Hubi siedzi, przeglada zdjecia i kasuje kiepskie zeby miejsce zrobic. Ale wlasnie mi mowi ze nie widzi tu nic do wykasowania. Hm, zostalo nam 148 zdjec, no to malo troche. Jutro wykorzystamy i co dalej...?

Aha i wczoraj wieczorem objawil sie karaluch w pokoju. Dalej gdzies siedzi, nazwalismy go Felek, i wydaje nam sie ze on taki odglos wydaje z siebie jakby sie z nas smial :)

12:13, cullenka
Link Komentarze (2) »
sobota, 04 lipca 2009
10 dzien Siep Reap/Angkor Wat, 11 dzien powrot do Bangkoku i wyjazd na Koh Phangan, 12 dzien Koh Phangan

Wtedy dwa dni temu po skonczeniu z netem poszlismy tuz obok do miejscowej restauracji cos zjesc. Nie za bardzo gadali tam po ang ale mieli recznie pisane menu, takze moglismy cos wybrac. W miedzyczasie spadl kolejny deszcz a ze siedzielismy pod blaszanym dachem to zagluszal wszystko. Za dwa posilki i 3 male piwa zaplacilismy 5usd takze jeden raz nam sie udalo taniutko w tej Kambodzy. Potem w blocie wracalismy do hotelu i musielismy myc klapki bo byly czerwone od blota.

Potem byl kolejny dzien zwiedzania kompleksu. Pojechalismy daleko do jakichs ruin, potem wrocilismy blizej. Tym razem zakupilismy u dzieci: koraliki i tshirty. Wciskaly mi jeszcze jakis obrus na stol, ale na co komu obrus w slonie, he?

Wrocilismy standardow po 14 i walnelismy w kime. Nie bylo az tak strasznie goraco jak dzien wczesniej, ale nadal goraco, a takie goraco strasznie muli. Wieczorem wyleglismy do przyhotelowej restauracji, przysiedlismy sie do hiszpanow i posiedzielismy chyba do kolo 23. Nastepnego dnia oni wstawali rano zeby zobaczyc wschod slonca nad Angkor Wat i mialam sie moze z nimi wybrac, ale w koncu nie chcialo mi sie wstac (bym musila o 5). Rano i tak ruszalismy w droge powrotna do Tajlandii. Ruszylismy o 9, w taxi jechalismy z japonczykami, na granicy bylismy juz o 11, wszystko fajnie, w kolejce po stronie kambodzanskiej moze 10 minut, po tajskiej 20 minut i juz bylismy znowu w cywilizowanym swiecie. Jedyne co to spedzilismy potem 2h czekajac na kolejne osoby, bo bylo za malo zeby nas zabrac do vana. Szkoda tylko ze nam nie powiedzieli tylko tak siedzielismy z japonczykami jak te sieroty. Kolo nas byly kible i tuz przy tych kiblach rozlozyly sie babki i gotowaly jedzenie. Zaneceni zapachem niektorzy turysci (no bo dla miejscowych to normalka) kupili cos u nich, ale Hubi uznal ze nie bedziemy jesc jedzenia przygotowanego przy kiblu i ruszyl na poszukiwania. Mi przyniosl noodle z warzywami (ja tutaj tylko to jem :) a sobie kurczaka i ryz. W miedzyczasie dozbierali reszte osob, wiec ja konczylam jedzenie w vanie, a Hubi calosc swojego musial jesc jadac.

Do Bkk dojechalismy chyba kolo 17, ale byl korek gigant, wiec do hostelu dojechalismy po 18. Tam zrzucilismy plecaki i ruszylismy na zakupy i jedzenie. Kupilismy spodnie i koszulki dla mnie, bo Hub obkupil sie juz wczesniej, i poszlismy na papu. Ja standardowo noodle, Hubi standardowo ryz i wspolnie zupke z kurczakiem. Potem pozwolili nam w tym hostelu wziac prysznic (dalismy po 20b za reczniki). O 20 mial ktos po nas przyjsc bo mielismy wykupiony wyjazd. Czekalismy chyba do 20.30, dobrze ze ten taj agent turystyczny siedzial tam nadal, to nas uspokoil ze dzwonil i zaraz ktos bedzie. Okazalo sie ze nie przyjechala podwozka tylko przyszedl koles i na piechte szlismy za nim z plecakami do biura Lomprayah czyli tej firmy co organizuje przewozy busem i katamaranem. Tam tlum ludzi, postalam w kolejce, niby chaos, ale jednak majacy cos na celu :) Przyczepili nam jakies naklejki i pokazali palcem gdzie stoi autobus. Mial byc VIP, i moze byl jakies 30 lat temu :) Czerwono-zielone fotele, rozowo-zolte zaslonki i rozowa podsufitka - no sam luksus :) Plus taki, ze troche wiecej miejsca miedzy fotelami i pochylone do tylu. Tak czy siak podroz mordercza bez postoju. Ruszylismy kolo 22, ale w Bkk dalej byl korek gigant. Do przystani nad morzem dojechalismy kolo 5 rano. Nogi mi jeszcze w zyciu tak nie spuchly. Okropnie wrecz. Do tej pory mnie trzyma, ale mam nadzieje ze jutro mi zejdzie. Potem znowu jakies naklejki i weszlismy na katamaran. Molo po ktorym sie szlo to przysiegam wygladalo jakby sie mialo zaraz zarwac - deski ledwo sklecone. A szlo sie gleboko w morze.... No nic, jakos przezylam. Na katamaranie okazalo sie ze nie ma juz gdzie siedziec, wiec musielismy spedziec prawie 2h na podlodze. Troche sie wkurzylismy, ale nawet jak na nas to nie bardzo. Za to bardzo tylek bolal.... Plynelismy bardzo szybko, katamaran przemykal po falach i czesc ludzi rzygala w kiblu :) Hubi mowil ze go tez marmolilo. Mnie nic nie ruszalo, nawet sie nie balam. Wyszlismy troche na poklad zewnetrzny, ale tam tez nie bylo miejsca, wiec troche postalismy i wrosilismy na swoja podloge... Pierwsza wyspa to byla Koh Tao i tam wiekszosc ludzi wysiadla i w koncu moglismy usiasc jak ludzie. Do naszej wyspy kolejne poltorej godziny przedrzemalismy. Dojechalismy kolo 9 rano, mial ktos na nas czekac, ale nie czekal. Akurat sie napatoczyla babka ktora nakrecala nowoprzybylych na te 'nasze' domki, wiec sie spytalam jej gdzie nasza podwozka. Wydzwonila kogos, okazalo sie ze mysleli ze bedziemy o 10.30. Poczekalismy z 15 minut w niemilosiernym skwarz,. 33 stopnie, jak potem Hubi wylukal w samochodzie, i w koncu doczekalismy sie podwozki.

No i tutaj chyba nasze pierwsze rozczarowanie takie wieksze, czyli domki nie sa takie jak mialy byc albo jak mysmy mysleli ze beda. Pierwsze wrazenie zupelnie do bani. Domek niby ok, ale w srodku lozko, i materac na trzecia osobe i tyle. Lazienka w stanie surowym, umywalka upieprzona, kibel bez spluczki tylko zalewany woda jak na dzialce (co juz tutaj widzielismy ale nie w hotelu czy hostelu) i prysznic ze sciany. Podloga betonowa i szpary w scianach zrobionych z kamieni i zaprawy.. Wzielismy prysznic i poszlismy spac liczac ze wszystko bedzie wygladalo lepiej po przebudzeniu. Faktycznie nie jest az tak zle, ale za 1200b spodziewalismy sie troche wiecej. Oraz inna troche ciezka sprawa - osrodek jest oddalony od czegokolwiek o pare kilometrow pod gore i z gory i jeszcze raz pod gore. Mozna niby wynajac skuter, ale prosze Was - niektorzy wiedza jak sobie ze skuterem radzimy.... Tak czy siak na razie jest ok, po spaniu poszlismy na basen, Hubi sobie tajski masaz zazyczyl. Poplywalismy w basenie, zjedlismy obiadek i nie jest az tak zle. Teraz posiedzimy sobie w restauracji, bo w domu nudy i nawet troche za ciemno zeby ksiazke poczytac, chociaz ja pewnie bede twarda :) No i pada kurde juz ponad godzine...  Jutro jednak nowy dzien, bedzie dobrze!

15:17, cullenka
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2